Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lipca 2013

"Jutro przypłynie królowa" - Maciej Wasilewski

Wyobraź sobie niewielką wyspę, znacznie oddaloną od zgiełku cywilizowanego świata. Klimat jest tu sprzyjający, drzewa rodzą tyle owoców, że z powodzeniem mogą wyżywić wszystkich mieszkańców, nie brakuje też ryb i innych zwierząt. Żyje tu zaledwie kilkadziesiąt osób i wygląda na to, że stanowią zgodną i wspierającą się nawzajem wspólnotę. Chciałoby się powiedzieć, że niedaleko stąd do raju. 

O mieszkańcach wyspy wiadomo tak naprawdę niewiele, ale docierały na ich temat niepokojące sygnały. Stronią oni od obcych i rzadko chcą gościć u siebie kogoś z zewnątrz. Maciejowi Wasilewskiemu udało się do nich dostać, ponieważ podawał się za antropologa. W reportażu "Jutro przypłynie królowa" opisał to, czego się o nich dowiedział. 

Książka intryguje czytelnika od samego początku. Wasilewski dawkował napięcie, kierował moją uwagę na poszlaki, bym zaczął domyślać się, co takiego się na wyspie dzieje. Kiedy wreszcie napisał o tym wprost, wstrząsnęły mną wielkie emocje - szok, złość, współczucie, niezgoda na taką rzeczywistość. Miejsce, które mogło być rajem, okazuje się prawdziwym piekłem. Wszechobecne zło, cierpienie, żal, zagubienie i osamotnienie prześladują ofiary. Od pokoleń. Czy mieli rację ci, którzy od początku uznawali wyspę Pitcairn za przeklętą? 

Maciej Wasilewski opisał rzeczywistość, w którą trudno uwierzyć. Wydaje się być niemożliwym, by tak wielu ludzi regularnie krzywdziło osoby, obok których spędzają całe swoje życie. By wyrządzało im najobrzydliwsze z możliwych krzywdy, które zrujnują ich psychikę na całe życie. Te wstrząsające relacje ofiar i świadków trzeba przeczytać. Nawet jeśli nie da się ich zrozumieć. 

sobota, 6 lipca 2013

"Grochów" - Andrzej Stasiuk

"Grochów" Stasiuka chodził za mną od dawna, od momentu, kiedy przeczytałem o nim na blogu mojego przyjaciela. Dopiero ostatnio zdecydowałem się sięgnąć po ten niewielki zbiór opowiadań nie spodziewając się żadnych niezwykłych doznań. A jednak, odkryłem w prozie Andrzeja Stasiuka niezwykłe piękno, które płynęło z języka, ze zdolności snucia opowieści i z potężnego ładunku emocjonalnego jaki udało się autorowi zawrzeć w tym skromnym tomiku. 

W każdym z czterech opowiadań narrator mówi o kimś dla niego bliskim. O babci, która pokazała mu świat duchów, o koledze pisarzu, którego dotknął dewastujący wylew, o zdychającej suce, która spędziła z nim kilkanaście lat i wreszcie o przyjacielu z Grochowa, który zmarł w wyniku choroby. Wszystkie te opowieści mają ze sobą coś wspólnego, jakieś punkty styczne, a jednocześnie każde z nich mówi o czymś nieco innym. Za każdym razem autor zmusza nas do refleksji nad istnieniem świata zmarłych, nad odchodzeniem, często powiązanym z utratą władzy nad sobą i jakąś formą zniedołężnienia, nad utratą kogoś bliskiego i o pamięci o nim. Stasiuk w dość prostej formie zamyka wielką głębię i myśli, które chcielibyśmy zachować, wrócić do nich, jeśli będzie trzeba, kiedy rzeczywistość śmierci przypomni nam o swoim istnieniu. 

W obrazie melancholii i smutku, który maluje pisarz kryje się piękno, które nie pozwala o sobie zapomnieć. Jego opowiadania wgryzają się gdzieś głęboko w podświadomość, by kiedyś do nas wrócić. I rodzą apetyt na więcej. Więcej prozy Andrzeja Stasiuka. 

"Grochów" - Andrzej Stasiuk, Wydawnictwo Czarne 2012

piątek, 5 lipca 2013

"ości" - Ignacy Karpowicz

Z Karpowiczem mam problem. Kiedyś przypadkiem natknąłem się w księgarni na jedną z jego książek, "Gesty", i skusiłem się na jej zakup. Zrobiła na mnie tak dobre wrażenie, że z miejsca zostałem fanem pisarza. Z niecierpliwością czekałem na wydanie jego następnej książki, którą miały być "Balladyny i romanse". Napiszę o tym kiedyś dokładniej, ale byłem nią rozczarowany. Zwyczajnie mnie znudziła i stwierdziłem, że byłaby lepsza, gdyby skrócić ją o połowę. W końcu doszły mnie słuchy, że Karpowicz wyda kolejną powieść o zagadkowym tytule "ości". Tym razem pozostałem nieco bardziej sceptyczny, ale nadal oczekiwałem na nią z zainteresowaniem i zamiarem przeczytania.

Oto nadszedł gorący czerwiec i dzień premiery wydawniczej "ości", a moja ciekawość nie pozwoliła mi długo zwlekać z lekturą. Pierwszy rozdział okazał się, jak zwykle u Karpowicza, znakomity i pobudzał mnie by sięgnąć po więcej. Autor "Gestów" zaatakował niebanalnym językiem i świeżymi pomysłami, trzymając się jednak swojego charakterystycznego stylu, za który polubiłem go już wcześniej. Śledziłem jak lepi, niby z gliny, kolejne barwne postaci i wiąże je ze sobą nawzajem sznurkami relacji. O tak! Karpowicz jest zręcznym pisarzem i to muszę mu przyznać.

W tym pięknym obrazie zaczęły mnie jednak po pewnym czasie drażnić brzydkie plamy. Tu i ówdzie trafiał się jakiś mało interesujący fragment, przy którym zastanawiałem się, po co autor w ogóle go napisał. Mógł przecież przejść do czegoś bardziej interesującego. Nie zawsze potrafiłem dociec, co w ten sposób chciał osiągnąć.

Innym moim zarzutem jest, że Karpowicz bardzo autorytarnie, głosem nie pozostawiającym miejsca na jakikolwiek dialog, próbuje narzucać swoje poglądy i sposób widzenia świata. Pomijam zupełnie czy ma rację. O ile taka forma może czyni książkę nieco barwniejszą, to we mnie pozostawiła pewien niesmak. Można tu oczywiście zastanawiać się, czy szturm na dobry smak jest lub nie doskonałym środkiem artystycznego wyrazu, mnie jednak to nie całkiem przekonuje.

"ości" z pewnością chcą nam coś powiedzieć. I mówią wiele o współczesnym polskim społeczeństwie (czy może o tym, jak widzi je autor?) , o człowieku, mieszkańcu dużego miasta i o tożsamości, której poszukuje. Siłą nowej powieści Ignacego Karpowicza jest harmonia, w jakiej współbrzmi świeża i liberalna treść, którą chce przekazać czytelnikowi autor, z unikalną formą w jaką ubiera swoje myśli. Forma ta niejednokrotnie wyróżnia się błyskotliwością i humorem, który buduje w czytelniku otwartość i poddanie się strumieniowi fabuły, życia bohaterów i myśli, które nam przekazują. Dla mnie wszystko to sprawiło, że po chwilowym kryzysie nudy w środku powieści, w późniejszych rozdziałach historia wciągnęła mnie tak, że nie mogłem się od niej oderwać, a moi bliscy od czasu do czasu słyszeli mój śmiech wywołany "ościami".

Całościowo, nie potrafię źle ocenić tej książki. Jest z pewnością warta przeczytania i prawdopodobnie okaże się ważnym punktem na mapie współczesnej polskiej literatury. Nie zdziwię się, jeśli wiele osób będzie nią zachwyconych bardziej niż ja. Chociaż pewnie znajdą się też tacy, których Karpowicz znudzi lub których odrzuci jego despotyczne narzucanie punktu widzenia.

"ości" - Ignacy Karpowicz, Wydawnictwo Literackie 2013

wtorek, 2 lipca 2013

"Rącze konie" - Cormac McCarthy

"[...] nie każdy może żyć bez swego kraju. [...] nieprzypadkowo rodzimy się w takim, a nie innym kraju, a pogoda i pory roku, które tworzą ziemię, decydują także o losie człowieka, z pokolenia na pokolenie, z ojców na synów, i trudno jest sprawić, żeby było inaczej."

Jest w powieściach Cormaca McCarthyego coś niezwykłego, jakiś tajemniczy mrok, który mnie pociąga. To proza, która opowiada o ciemnych stronach ludzkiej natury i o całej bezwzględności, z jaką los może człowieka doświadczyć. Niejednokrotnie brutalne sceny z książek amerykańskiego pisarza nie są łatwe do interpretacji. A jednak patrząc na jego powieści w całości, doznaje się iluminacji geniuszu McCarthyego, wzmocnionej przez pamięć o licznych zdaniach pełnych piękna i liryzmu, jakie ofiaruje swoim czytelnikom. 

"Rącze konie" wyróżniają się na tle innych książek autora. Nieco mniej w nich "bezmyślnej przemocy", mrok nie jest aż tak nieprzenikniony, a główni bohaterowie więcej mają cech pozytywnych, za które można ich lubić. Ktoś, zerkając na czwartą stronę okładki, mógłby odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z historią miłosną. "Rącze konie" są jednak czymś dużo, dużo większym. O miłości nie przeczytamy aż tak wiele. Odkryje się jednak przed nami głęboka opowieść o dorastaniu, o przyjaźni, pasji i o wierności sobie i swoim zasadom. Będziemy mogli zobaczyć jak bohater, John Grady Cole, dojrzewa ścierając się z niesprawiedliwością, przemocą i wrogością, jakiej pełny jest świat. 

Bohaterowie, problematyka i opowiadana historia czynią z "Rączych koni" prawdopodobnie najprzystępniejszą z książek autora "Drogi". Nie umniejsza to jednak jej wartości artystycznej. McCarthy jak zawsze zachwyca pięknym językiem. Niespotykana i niepodrabialna poetyka wielu fragmentów poruszyła mnie i zmusiła do zatrzymania się przy nich, do kontemplowania tych niezwykłych słów.

Przy innych powieściach McCarthyego (może z wyjątkiem "Drogi") trwałem bardziej po to, by smakować je jak tom wierszy. W przypadku "Rączych koni", zostałem wciągnięty przez fabułę i koniecznie chciałem dowiedzieć się, jak potoczą się dalej losy bohaterów. Pisarz udowodnił, że doskonale radzi sobie z bardziej konwencjonalną i przystępną prozą. Z tego względu myślę, że tom otwierający "Trylogię pogranicza" jest również doskonałą okazją do zapoznania się z tym cenionym amerykańskim autorem.

"Leżał, słuchając konia strzygącego trawę, słuchając wiatru wiejącego w pustce. Patrzył na gwiazdy zataczające łuki na półkuli nieba i czuł zimno w sercu, jakby ktoś wraził je na pal. Wyobrażał sobie, że ból na tym świecie jest jak bezkształtna, pasożytnicza istota, która żeruje w cieple ludzkich dusz i składa w nich jaja. Pomyślał, że wie, kiedy zwykły człowiek nie zdoła się od niej opędzić. Wcześniej nie wiedział jednak, że jest bezrozumna i nie potrafi rozpoznać granic ludzkiej duszy, i bał się, że tych granic nie ma."

"Rącze konie" - Cormac McCarthy, przełożył Jędrzej Polak, Wydawnictwo Literackie 2012


***


Za przekazanie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Literackiemu. 

niedziela, 24 lutego 2013

"Weiser Dawidek" - Paweł Huelle

Wakacje 1957 roku. Gdańsk. Upalne lato nad polskim morzem. Żar lejący się z nieba i potworny fetor gnijących martwych ryb i glonów, efekt zagadkowej katastrofy ekologicznej. Wśród tego wszystkiego grupka dwunastoletnich dzieci, próbująca zabić nudę. Jeden z chłopców zdecydowanie wyróżnia się w tej grupie - Dawid Weiser. Wydaje się być wyjątkowy i zaczyna przewodzić swoim kolegom. Pokazuje im rzeczy, o jakich nie śmieli marzyć. Jest doroślejszy od nich i mają wrażenie, że potrafi wszystko. Niezwykłe wydarzenia doprowadzą jednak zaginięcia Dawidka i jego koleżanki Elki, która dotąd nie odstępowała go na krok. Pozostałych chłopców czeka długie przesłuchanie w związku z toczącym się śledztwem. 

Wokół tej osi fabuły rozbudowuje się długa i zagmatwana historia. Narrator układa ją powoli, niczym puzzle składające się z tysięcy elementów. Wielokrotnie przemieszczamy się w czasie i przestrzeni odkrywając coraz więcej, ale też zmagając się z coraz to nowymi pytaniami. Czy przed końcem książki uda się odpowiedzieć na każde z nich? Narrator nie skupia się tylko na historii chłopców. W tle widać wyraźnie odmalowaną sytuację polityczną komunistycznej Polski, represje, biedę oraz płytką, zabobonną religijność. Opowieść zarówno w całości, jak i w swoich szczegółach pełna jest symboli i metafor. Za sprawą cudów i magii, zaczyna się jawić jako nowa ewangelia, budowana wokół niezwykłego chłopca. W zestawieniu z politycznym tłem, pozwala postrzegać solidarnościową przemianę jako nowy testament, którego zbawczą siłą jest wolność. 

Interesująca konstrukcja powieści, jej bogactwo tematyczne i symbolika stanowią o największej wartości "Weisera Dawidka". Również postaci są ciekawe, chociaż każdą z nich spowija mniejsza lub większa tajemnica i nie uda się nam poznać ich zbyt blisko. Zagadkowa historia potrafi wciągnąć czytelnika i zachęca do odkrywania tajemnic książki. Pomimo tych zalet w powieści zabrakło czegoś, co poruszyłoby mnie do głębi i zachwyciło. Ta technicznie dobra i pełna treści książka wydała mi się w swoim sercu martwa, jakby chciała powiedzieć bardzo wiele, a jednocześnie na niczym tak naprawdę jej nie zależało. To jednak moje, czysto subiektywne odczucie. "Weiser Dawidek" to powieść warta tego, by każdy polski czytelnik wyrobił sobie na jej temat własne zdanie. 

poniedziałek, 18 lutego 2013

"Nikt nie woła" - Józef Hen

Sięgając po "Nikt nie woła" byłem zaintrygowany historią tej książki. Przeczytałem wcześniej, że przez ponad 30 lat cenzura nie pozwalała na jej wydanie, mimo iż wiele osób, które miały okazję przeczytać maszynopis, było zachwyconych powieścią Józefa Hena. Do szerszego grona czytelników trafiła jednak dopiero w III RP. Wiedziałem, że książka opowiada o młodym człowieku, który w czasie II Wojny Światowej trafił na wschód Związku Radzieckiego. Zastanawiałem się, co takiego napisał Hen, co nie zdołało przejść przez sito cenzury. Co więcej, od dłuższego czasu czytywałem jedynie przekłady literatury anglojęzycznej i liczyłem na coś odmiennego. Jednocześnie obawiałem się, że proza nieznanego mi dotąd pisarza nie sprosta moim oczekiwaniom. Co zdarzyło się, kiedy wreszcie otworzyłem "Nikt nie woła"? 

Już po przeczytaniu pierwszych stron czułem się jak w domu. Zagłębiałem się w piękny język polski sprzed lat, delikatnie zakurzony przez nieużywane dziś słowa. To język, w którym widać przedwojenną szkołę i za którym tęskni się teraz, pół wieku po tym, jak spłynął na papier z pióra Józefa Hena. Nie tylko forma powieści sprawia wrażenie wyjętej z tajemniczej szuflady dziadka. Również opisana historia przenosi czytelnika w zupełnie inny świat. To świat, który na co dzień nie istnieje w naszej świadomości, a mimo to był niegdyś równie prawdziwy i namacalny jak to, czego w tej chwili doświadczamy naszymi zmysłami. Ta rzeczywistość przemawiała do mnie. Jej głos był intensywny, wzmocniony odczuciem autentyczności opowieści, porywał mnie do świata, nad którym ciążył cień wojny, skrajnej biedy i głodu. Rzeczywistość, o której zapomnieliśmy dzięki naszym pełnym żołądkom.

Zaczynając czytać, znalazłem się w towarzystwie Bożka, głodny i bosy. Tam, głęboko w azjatyckiej części Związku Radzieckiego, marzeniem była niewolnicza praca za obietnicę osiemdziesięciu deka chleba dziennie. Porcja, dzięki której można oddalić widmo głodu. Buty, które uwolniłyby stopy od bólu, chłodu lub od niemiłosiernie rozgrzanego piasku wydawały się nieosiągalnym luksusem. Podziwiałem Bogdana, zdeterminowanego by zmierzyć się z tą trudną sytuacją, walczyć najpierw o chleb, później o buty, w końcu o przyjęcie go do polskiej armii. W tym chłopaku odnajdywałem coś, z czym mogłem się utożsamiać, a przynajmniej mógłbym wejść w jego skórę, gdybym był w jego wieku. Jego walka, zmaganie się z przeciwnościami budziły moje emocje. Zawierane przez niego znajomości i przyjaźnie były tak ludzkie, jak moje. Nie mogłem mu nie kibicować. Było nas dwóch. Zawsze był jakiś "drugi", który z nim szedł. W pierwszym rozdziale książki zastąpiłem poprzedniego, by w ostatnim ustąpić miejsca kolejnemu. Ale to, co zdarzyło się pomiędzy, w moim towarzystwie, było przygodą.

Bożkowi trzeba przyznać, że potrafi sięgać po marzenia. To coś, czego chciałbym się od niego nauczyć. Pierwszy z brzegu przykład - zależało mu, by zdobyć buty, więc walczył ostatkiem nadziei, by dopiąć swego. I udało się z nawiązką. To otworzyło drugi, zupełnie inny rozdział historii. Skończyła się walka o przeżycie. Przed Bożkiem pojawiła się przestrzeń, w której mógł dojrzeć, a nawet odkryć miłość. Uczucie, które zrodziło się niespodziewanie i wymagało czasu, by się rozwinąć. Ja to obserwowałem, trochę jak starszy kolega, ale nie bez emocji. Chciałem, żeby mu się udało. W praktyce nie było to takie proste, o czym warto przekonać się samemu. To opowieść która trafi do serca kogoś w wieku Bożka i jego wybranki.

Cieszę się, że odwiedziłem miejsce, w którym "nikt nie woła". W ciszy lektury zobaczyłem świat, który był mi obcy. Teraz już trochę mniej, dzięki pisarzowi, o którym miesiąc temu nawet nie słyszałem. I chcę więcej! Powziąłem postanowienie, by mimo swojej fascynacji literaturą amerykańską, częściej sięgać po książki polskich autorów. Chciałbym znowu trafić na niespodziankę podobną do tej, jaką sprawiła mi powieść Józefa Hena.

***

Za przekazanie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Literackiemu. 

piątek, 8 lutego 2013

"Cytrynowy stolik" - Julian Barnes

"Cytrynowy stolik". Zagadkowy tytuł zbioru opowiadań, na którego wyjaśnienie czytelnik czekać musi niemal do ostatniej chwili. Sięgnąłem po tę książkę z zainteresowaniem, pamiętając niezwykłą historię "Poczucia kresu" i unikalną w swojej formie "Papugę Flauberta". Okładka zdradzała mi, że Barnes podejmuje tu tematykę starości, co obudziło skojarzenia z jego ostatnią powieścią. Miałem spore oczekiwania względem "Cytrynowego stolika".

Zaczęło się nieźle. Pierwsze opowiadanie okazało się dobrze napisane, mocne, z bohaterem, którego można zrozumieć, być może nawet utożsamiać się z nim. Stopniowo poznawałem kolejne historie kolejnych osób - wchodzących w wiek dojrzały, przeżywających starość, zmagających się z nią. Obserwowałem, jak starość zmieniała tych ludzi, jaki wpływ na nich wywiera, jak czyni ich nieznośnymi (częściej) lub zabawnymi (rzadziej). Trzeba przyznać Barnes'owi, że wszystkie opowiadania były przekonujące i bardzo realistyczne. Udało mu się stworzyć interesujące i różnorodne postaci, czasem po ludzku szare, czasem bardzo barwne. Wysoki poziom zapewnił opowiadaniom dzięki swojemu doskonałemu warsztatowi pisarskiemu.

Niestety, mimo wszystkich wspomnianych zalet, "Cytrynowy stolik" nieco mnie rozczarował. Nie wszystkie opowiadania okazały się równie dobre jak to pierwsze. Najgorsze jest jednak to, że nie znalazłem w nich głębi, którą zapamiętałem z "Poczucia kresu". Być może dopiero w późniejszej powieści, która przyniosła mu nagrodę Bookera, Barnes osiągnął to, do czego dążył pisząc ten zbiór opowiadań. Koniec końców, "Cytrynowy stolik" okazał się książką dobrą, jednak pozostającą w tyle za najlepszymi dokonaniami brytyjskiego pisarza.

niedziela, 3 lutego 2013

"49 idzie pod młotek" - Thomas Pynchon


Na ogół dzielę się na tym blogu moimi prostymi wrażeniami z przeczytanych książek, emocjami jakie książka we mnie wywołała i przemyśleniami, do jakich mnie skłoniła. Na dobrą sprawę, nie można moich tekstów nazwać nawet recenzjami. W przypadku "49 idzie pod młotek" Thomasa Pynchona, moja amatorska interpretacja nie odda sprawiedliwości tej książce. Postaram się zagłębić w nią nieco bardziej niż zwykle, jednak zachęcam wszystkich nie tylko do przeczytania jej, ale do studiów nad nią. Spróbuję napisać dlaczego. 

Powieść opowiada o perypetiach Edypy Maas, która wiodąc zwyczajne życie gospodyni domowej, niespodziewanie dostaje informację, że jej zmarły były kochanek wyznaczył Edypę na współwykonawczynię testamentu. Bohaterce nie pozostaje nic innego, jak tylko wybrać się do miasteczka San Narciso i podjąć się tego zadania. Mężczyzna zostawił po sobie między innymi akcje swojej korporacji Yoyodyne i dużą kolekcję znaczków. Na miejscu Edypa wpada na trop tajnej organizacji kurierskiej, od setek lat prowadzącej wojnę z działającym w kraju oficjalnym operatorem pocztowym. Jest zdeterminowana, by rozwikłać zagadkę organizacji i odkryć jej sekrety. 

Tak przedstawia się fabuła powieści i właściwie na tym można by zakończyć jej odczytanie. "49 idzie pod młotek" okaże się powieścią bardzo ironiczną, miejscami zabawną, mocno zakręconą, od czasu do czasu objawiającą erudycję autora. Jednak z pewnością czytywaliśmy lepsze i trzymające w większym napięciu historie. Pod tą jednak kryje się drugie dno. A może nawet i parę następnych.

Jeśli głębiej zastanowimy się nad książką Pynchona lub też sięgniemy po mądre źródła jej dotyczące, odkryjemy, że "49 idzie pod młotek" jest w istocie powieścią metafikcyjną, to znaczy próbującą powiedzieć nam coś o literaturze samej w sobie. Jej przekaz nie jest dosłowny, ale możliwy do odczytania, ponieważ autor co jakiś czas zostawia nam wskazówki pomocne do jego odczytania. W tym świetle akcja powieści zyskuje nowe znaczenie.

Na początku książki Edypa spogląda z góry na miasteczko San Narciso. Dostrzega w nim pewne wzory i uświadamia sobie istnienie symboliki, jaką one reprezentują. Przypomina sobie, że podobne wrażenie miała już w dzieciństwie, kiedy po raz pierwszy zobaczyła płytkę drukowaną z widniejącymi na niej obwodami. Miała wtedy świadomość, że gdyby zechciała, mogła odkryć sens tych wzorów, lecz nie zależało jej na zgłębieniu ich znaczenia. Umiejętność dostrzegania pewnych wzorców, ich interpretacji, jest umiejętnością czytelnika i w ten zakamuflowany sposób dowiadujemy się, że Edypa od dzieciństwa była czytelniczką. Teraz jednak, jako osoba dorosła, pójdzie za ciosem. Teraz pragnie odkryć znaczenie symboli, które widzi. Jest gotowa poświęcić swój czas, pracę i zaangażowanie, by dotrzeć głębiej, pod powierzchnię. Bohaterka dojrzewa jako czytelnik. Obserwujemy to od momentu, gdy w jednym z pierwszych rozdziałów ogląda sztukę teatralną. Na początku wsłuchuje się w niejasności w niej zawarte. Odnajduje w sobie pragnienie rozwiania tych niejasności i staje się krytykiem. Przechodzi od osobistej interpretacji do doszukiwania się rzeczywistych znaczeń. Zagłębia się w intertekstualność, porównuje różne wersje sztuki. W swoich poszukiwaniach jest gotowa zapoznać się bliżej z historią Stanów Zjednoczonych i Europy, a w szczególności ich systemów pocztowych. Z czytelniczki staje się naukowcem-amatorem. Nawet jeśli w swoich poszukiwaniach nie odniesie wielkiego sukcesu, to jej udziałem pozostanie rozwój, jaki się w niej dokonał.

Na innym poziomie metafikcji Pynchon chce pokazać przez swoją książkę, po co istnieje powieść i czego można dokonać przez język. Dobrym przykładem są tu charakterystyczne imiona postaci, które potrafią wywoływać całe ciągi skojarzeń, są nasiąknięte znaczeniami. Widzimy, że w świecie powieści spotkać możemy świat rzeczywisty. Rzeczywistość objawia się w powieści jako cierpienie i potrzeby. O sile powieści stanowią uczucia, jakie zdoła wywołać w czytelniku, takie jak przyjemność rodząca się z piękna i humoru, ale także współczucie. To właśnie chciał osiągnąć Thomas Pynchon w "49 idzie pod młotek". Moim zdaniem udało mu się.

wtorek, 29 stycznia 2013

"Trylogia nowojorska" - Paul Auster

Zaczynasz czytać powieść detektywistyczną. Już na początku sprawia ona wrażenie nietypowej. Później robi się już tylko dziwniej, bardziej niepokojąco, wręcz nierealnie. Autor zaszczepia w twoich myślach kolejne pytania i wcale nie ma zamiaru pomagać ci w odnalezieniu wszystkich odpowiedzi. 

Najpierw przedzierasz się przez pierwszą część trylogii, Szklane miasto, czy może Miasto luster. Próbujesz śledzić historię, ale nie zawsze możesz widzieć ją z bliska. Często obserwujesz jedynie niezbyt wyraźne odbicia. A jednak to, czego jesteś świadkiem wstrząsa tobą. Zastanawiasz się nad pytaniami, z którymi się zetknąłeś. Nie możesz zapomnieć o tym, co spotkało bohatera powieści. 

Nieco później spotykasz Duchy. Każda z osób, które widzisz, ma swoją barwę. I tak jak koloru doświadczyć możesz jedynie widząc go, tak postać poznajesz obcując z nią, obserwując jej poczynania. One jednak nie zawsze postępują tak, jakbyś się po nich spodziewał. Zachowanie głównego bohatera budzi twój sprzeciw. Mimo wszystko, jak przyjaciel, trwasz przy nim. Chcesz zobaczyć dokąd doprowadzi go, a wraz z nim ciebie, ta dziwna historia. Druga część tryptyku nie łączy się fabularnie z pierwszą, ale co chwilę budzi skojarzenia ze Szklanym miastem. Masz wrażenie, że każda z nich próbuje ci coś dyskretnie powiedzieć, a twoim zadaniem jest zrozumieć ich wspólne przesłanie. 

Z tym nastawieniem wkraczasz do części trzeciej, Zamkniętego pokoju. Po nieco fantasmagorycznym zakończeniu Duchów, czujesz się, jakbyś się obudził ze złego snu. Tutaj wszystko jest realne, z przyjemnością czytasz kolejne zdania zręcznie ułożone przez autora. Historia, chociaż niecodzienna, wydaje się prawdopodobna i przede wszystkim wciągająca. W głowie nadal kołaczą ci myśli zaszczepione przez wcześniejsze części tryptyku, rzucają swój cień na Zamknięty pokój. W każdej z trzech wizji powtarza się motyw życia cudzym życiem, bycia odbiciem innej osoby, jej cieniem lub podążania za jej duchem. Za każdym razem jesteś świadkiem nierównej gry, w której tryby wpadają bohaterowie. Czy da się w tej grze wygrać? 

Prędko nie zapomnisz tej książki. Być może zechcesz do niej wrócić, odnaleźć ukryte znaczenia, sekrety, sens enigmatycznych wydarzeń, prześledzić wskazówki odnoszące się do innych dzieł literackich, przeprowadzić detektywistyczne śledztwo, byle tylko rozwikłać zagadki, na które nie udzielono ci odpowiedzi. 

wtorek, 22 stycznia 2013

"Papuga Flauberta" - Julian Barnes

Słyszałem wcześniej o "Papudze Flauberta" i od jakiegoś czasu miałem chęć ją przeczytać. W końcu mi się to udało, jednak zupełnie nie spodziewałem się tego, co w niej znalazłem. To zaskoczenie miało zarówno swoje ciemniejsze, jak i jaśniejsze strony.

W ten beletrystyczny esej, czy może w eseistyczną beletrystykę wpadłem wprost ze świata potoczystej prozy, jaką reprezentowały przeczytane przeze mnie w ostatnim czasie powieści. Tymczasem Julian Barnes okazał się nieco bardziej wymagającym autorem. Oczekiwał ode mnie skupienia, delektowania się niebanalną, kreatywną formą i smakowania odkrywczej treści. Musiałem zmierzyć się z rodzajem książki, z jakim dotąd się nie zetknąłem. I owszem, "Papuga Flauberta" w wielu miejscach zachwyca, budzi szacunek dla kreatywności pisarza i nietuzinkowych form, którymi zręcznie się bawi. Barnes potrafi rozśmieszyć, błyszczy poczuciem humoru, inteligencją i erudycją. Przybliża nam postać Gustawa Flauberta i intryguje fikcyjnym tłem w którym pierwsze skrzypce gra Geoffrey Baithwaite, biograf autora "Pani Bovary". Pan Baithwaite nieco niepewnie i z dystansem przekazuje mam strzępki swojej własnej historii, na której bardzo mocno odcisnęła się śmierć jego żony oraz dawne życie, które z nią dzielił. Przede wszystkim jednak, pisze na naszych oczach niezwykły esej o francuskim pisarzu, któremu poświęcił wiele swojego zaangażowania. Pisanie tej biografii okazuje się niełatwe, gdyż Flaubertowi bardzo zależało, by jak najlepiej ukryć się za swoją twórczością, a lata od jego śmierci zatarły wiele śladów, które mogłyby pomóc w detektywistycznych poszukiwaniach prawdy o nim. Symbolem tej zabawy w kotka i myszkę między biografem a sławnym pisarzem staje się papuga, która przez chwilę pełniła funkcję muzy Flauberta.

"Papuga Flauberta" nie bez przyczyny przez lata pozostawała najbardziej znaną książką Juliana Barnes'a. Pod wieloma względami wyróżnia się zarówno na tle powieści, jak i esejów. Jest odkrywcza i bardzo dobrze napisana. Jeśli jednak masz chęć na coś lekkiego, zostaw ją sobie na później. "Papuga" będzie od ciebie wymagała nieco skupienia, by móc się w niej w pełni rozsmakować.

piątek, 11 stycznia 2013

"Winter Journal" - Paul Auster

Ta książka trafiła do mnie wprost z nowojorskiej księgarni. Twarda okładka, przyjemna w dotyku obwoluta i delikatnie postrzępione brzegi kartek. Naprawdę ładna edycja wydawnictwa Henry'ego Holta. Od dawna byłem zainteresowany tym tytułem i nie mogłem doczekać się polskiego tłumaczenia. Jednak lektura "Winter Journal" w oryginale, dokładnie takiego, jaki wyszedł spod pióra Paula Austera, okazała się być prawdziwą ucztą. 

Język, jakim został napisany "Dziennik zimowy", jest prosty i melodyjny. Czytelnik czuje, że autorowi zależało, by każde zdanie brzmiało w odpowiedni sposób i poruszało w odbiorcy odpowiednie struny. Ten przystępny język doskonale współgra z osobistą, wręcz intymną formą pamiętnika. Narrator opowiada historię swojego życia w drugiej osobie, co jest konwencją rzadko spotykaną, a jednocześnie potęguje klimat bezpośredniości. Auster stopniowo odkrywa przed nami kolejne sfery swojego życia. Wspomnienia z chłopięcych lat, sytuacje z młodości, które głęboko wryły się w jego pamięć czy to ze względu na swój dramatyczny przebieg, czy też na wagę, jaką odegrały w życiu pisarza. Uczucia, miłość, seksualność, słabości, szczęście i ból, odkrywanie różnych form sztuki i obcowanie z nią. Autor pisze o wszystkim i można odnieść wrażenie, że niczego przed nami nie zatai. Pokazuje to, co najciekawsze, wszystko co czyni go tym, kim jest.

"Dziennik zimowy" jest interesujący, ponieważ mówi o konkretnym człowieku, o całym jego życiu, ale przede wszystkim jest autobiografią pisarza. Ktoś, kto kocha literaturę i w dodatku ceni prozę Paula Austera, odnajdzie przyjemność w podglądaniu prywatnego życia autora. Za sprawą tego pamiętnika możemy zobaczyć, co go ukształtowało, co sprawiło, że zaczął pisać dobrą prozę, co go napędza. Jednocześnie każda kolejna strona pokazuje jego mistrzostwo objawiające się w przemyślanej kompozycji. Pewne fragmenty skupiają się na życiu uczuciowym bądź intelektualnym, jednak w dużej części pamiętnika perspektywę postrzegania wyznacza cielesność - ciało, doznania, czynności. Na to wszystko patrzymy oczami człowieka, który przekracza próg zimy swojego życia. Jego ciało jako chłopca czy młodzieńca pozostało wspomnieniem, podobnie jak wszystko, co w przeszłości robił. Oczekuje jednak ciągu dalszego, ponieważ życie się jeszcze nie skończyło, jeszcze wiele przed nim. 

Auster miał odwagę wydać książkę bardzo osobistą, a jednocześnie napisaną z wielkim kunsztem, po prostu piękną. "Winter Journal" nieustannie trzyma czytelnika w stanie zainteresowania tym, co jeszcze pisarz przed nim odkryje. A historia pozostaje otwarta. "Drzwi zostały zamknięte. Inne drzwi się otworzyły". 


poniedziałek, 22 października 2012

"Kochanie, zabiłam nasze koty" - Dorota Masłowska

Miałem chwilę wahania, zanim zdecydowałem się kupić tę książkę. Właściwie nie wiedziałem, czego się po niej spodziewać, bo nie czytałem poprzednich powieści tej autorki. Nowa książka Masłowskiej miała jednak dobrą promocję, dzięki czemu docierały do mnie ostatnio informacje na jej temat, wywiady z autorką i recenzje. Dziełko zapowiadało się zachęcająco, jednak dużo mówiło się o charakterystycznym języku powieści, pełnym kalek językowych i zgrzytających zapożyczeń z angielskiego. Postanowiłem zaryzykować, wybrać się do księgarni i zatopić się w lekturze.

"Kochanie, zabiłam nasze koty" nie tylko nie okazało się rozczarowaniem, ale wręcz pozytywnie mnie zaskoczyło. Moja największa obawa, dotycząca języka, szybko mnie opuściła. Tekst pisany niepoprawną polszczyzną mógł okazać się zupełnie niestrawny, jednak Masłowska opanowała styl, który sprawia, że książkę czyta się bardzo lekko. Wspomniane kalki z języka angielskiego nie są mocno zagęszczone i stanowią jedynie przyprawę nadającą smak tej powieści. Nadają bohaterom właściwy charakter i pomagają ukazać w krzywym zwierciadle ich sposób bycia.

Autorka uczyniła bohaterkami młode kobiety w okolicach trzydziestki, mieszkające w wielkim mieście przypominającym Nowy Jork, czy może raczej będącym jego podróbką. Dziewczyny te są stereotypowo puste, usiłują żyć wzorując się na modnych magazynach i poradnikach, unikając przy tym zbyt głębokich przemyśleń na temat siebie i otaczającego świata. Pomimo odczuwanej pustki, a nawet cierpienia, nie są w stanie dokonać jakościowej zmiany swojego życia. 

Z historią bohaterek przeplata się opis ich snów, w których pojawiają się, między innymi, syreny mieszkające w oceanie. Przypadłością tych istot jest skłonność do naśladowania życia ludzi, zbierania pływających w oceanie śmieci wyrzucanych przez cywilizację człowieka. Syreny z lubością korzystają z tych dóbr i budują przy ich pomocy swoje podmorskie siedziby, nie przejmując się, że zaszczepianie w ich społeczności odpadów ludzkiej cywilizacji prowadzi je do upadku, a nawet wyginięcia. Obraz ten koresponduje resztą książki, w której ludzie, tak jak powieściowe syreny, bezrefleksyjnie chłoną lansowany styl życia, gadżety, konsumpcyjną cywilizacje i wydumane mody - wszystko ku swojej własnej degeneracji. 

Dorota Masłowska pisze niby o amerykańskim wielkim mieście i jego mieszkańcach, ale z rzadka wkłada w usta bohaterów słowa, które wypowiedzieć mógł tylko Polak. Takie smaczki każą czytelnikowi spojrzeć przez szkiełko książki na nasze własne podwórko. Jesteśmy zmuszeni do zastanowienia, czy nasze polskie społeczeństwo nie jest nacją syren, ślepo zapatrzonych w zachodnią cywilizację. 

W tej niewielkiej książce udało się autorce zawrzeć wiele interesujących myśli na temat współczesnego człowieka, targanego modami, oddychającego konsumpcjonizmem, łaknącego atrakcyjnej formy, nawet jeśli ta pozbawiona jest treści, a przez to pusta. Pisarka utkała swoje dzieło z dobrego w odbiorze stylu, okraszając je od czasu do czasu świetnym humorem, który potrafi wywołać grymas uśmiechu, a nawet głośną radość. Całościowo "Kochanie, zabiłam nasze koty" robi bardzo dobre wrażenie. Uważam, że Dorota Masłowska ma bardzo duży potencjał jako pisarka i chciałbym mieć okazję czytać w przyszłości jej kolejne, jeszcze lepsze książki. 

sobota, 6 października 2012

"Sunset Park" - Paul Auster

Każdy człowiek ma swoją historię. Ma własną, niepowtarzalną przeszłość, swoją osobowość, którą przekuwa na aktualne czyny, ma wreszcie osobistą, niepewną przyszłość. Każdemu z nas przychodzi mierzyć się ze wspomnieniami rzeczy, których żałujemy. Walczymy z trudnościami, jakie nas spotykają i budujemy lub rujnujemy relacje z ludźmi, wśród których przyszło nam żyć. W tym wszystkim, nie wiemy, gdzie znajdziemy się jutro. 

W swojej powieści "Sunset Park", Paul Auster pozwala nam poznać kilkoro ludzi, o bardzo różnych charakterach i o często zaskakującej przeszłości. Każdej z tych osób poświęca sporo czasu i uwagi, dając czytelnikowi sposobność do zrozumienia jej i nawiązania z nią jakiejś więzi. W centrum opowieści stawia Milesa Hellera, młodego mężczyznę, dręczonego przez wyrzuty sumienia i usiłującego na nowo odnaleźć swoje miejsce w świecie. Możemy obserwować, jak zmaga się z demonami przeszłości i nieoczekiwanymi przeciwnościami losu, jak walczy o miłość i jak pragnie stać się godnym pojednania z rodzicami. Nie mniej interesujący jest jego ojciec, właściciel niezależnego wydawnictwa, dla którego sensem pracy jest wydawanie dobrej literatury oraz matka chłopaka - utalentowana aktorka filmowa i teatralna. Kolorytu dodają powieści barwni przyjaciele Milesa, z którymi przychodzi mu mieszkać w opuszczonym domu. Każde z nich próbuje odnaleźć swoje szczęście. 

Największą zaletą "Sunset Park" są właśnie wyjątkowe postaci i ich historie. Z ich perspektywy obserwujemy bardzo ludzkie poszukiwanie swojego miejsca. Dom, który dzielą wydaje się być stanem zagubienia i jednocześnie drogą prowadzącą do spełnienia. Nielegalne jego zamieszkanie może symbolizować ryzyko, jakie człowiek musi podjąć, by odnaleźć siebie, swoje szczęście, czasem swoją miłość. 

Ważną warstwę powieści stanowi obraz kryzysu ekonomicznego. Powieść pokazuje ludzi, którzy przegrali wszystko i muszą walczyć, by na nowo coś osiągnąć. Zaczynają niemal od zera. Ta sytuacja zmusza ich do odnalezienia się w rzeczywistości recesji i w poczuciu niepewności jutra. Podjęcie takiej problematyki czyni książkę bardzo aktualną dzisiaj i pozostawi świadectwo czasów kryzysu na przyszłość. 

Jest też coś, co przyjemnie łechce miłośnika literatury i sztuki, a jest to powszechna wśród bohaterów miłość do prozy, filmu, teatru czy malarstwa. Miles jest uzależniony od książek, a uczucie do nich odziedziczył po swoim ojcu Morrisie. Jego matka, Mary-Lee, pokazuje jak odnajdywać piękno w teatrze. Mieszkająca w domu w Sunset Park Alice odkrywa zadziwiające treści zawarte w filmie, o którym pisze doktorat, a inna współlokatorka, Ellen, na naszych oczach uczy się wstępować na wyższy poziom twórczości plastycznej. Ta książka ma niezwykły klimat, pełna jest oparów sztuki i pod tym względem przywodzi na myśl najlepsze filmy Woody'ego Allena.

Paul Auster dał mi okazję do kolejnego, udanego spotkania z prozą północno-amerykańską. Powieść "Sunset Park" urzekła mnie i przekonała do pisarza, o którym dotąd niewiele wiedziałem. Co prawda zdarzały się fragmenty, gdy opisywane wydarzenia wydawały się dziać w sposób zbyt banalny, jakby deus ex machina i mogłyby być wyraźniej opisane, jednak całokształt i ogólne wrażenie każą mi wysoko cenić kunszt autora.

środa, 26 września 2012

"Rzeźnia numer pięć, czyli krucjata dziecięca" - Kurt Vonnegut

Czy da się napisać satyrę o Drugiej Wojnie Światowej? Nie bezpieczną komedyjkę w stylu 'Allo 'Allo, lecz obraz najgorszych potworności, cierpienia i wszechobecnej śmierci zaprawiony czarnym humorem. Owszem, to zostało zrobione i ma tytuł Rzeźnia numer pięć.

Ta powieść kompletnie mnie zaskoczyła. Nie spodziewałem się czegoś takiego. W ten sposób nikt nie pisze, a przynajmniej nie o takich potwornych rzeczach. A jednak tylko tak da się opisać prawdziwe oblicze wojny w powieści, którą można z przyjemnością czytać. Styl Vonneguta sprawia, że wiersz za wierszem płynnie wlewa się przez nasze oczy, nawadniając i zatruwając umysł wydarzeniami, które nie powinny były mieć miejsca. Ale "zdarzają się". Autor przeplata opowieść o okrutnej wojnie z innymi wydarzeniami z życia głównego bohatera, Billy'ego, włącznie z porwaniem go przez obcych na planetę Tralfamdoria. Gruba warstwa ironii i absurdu ma ochronić czytelnika, ale i protagonistę przed bezlitosną przemocą i śmiercią. I to właśnie stanowi o sile prozy Vonneguta - jego zdolność podjęcia ciężkiego tematu w lekkiej powieści.

Rzeźnia numer pięć mówi o bezsensie wojny, o jej bezcelowym okrucieństwie. Ale jest też o tym, jak trudno jest funkcjonować po przeżyciu jej. Zarówno Billy, jak i opowiadający jego historię narrator oraz jeden z jego przyjaciół z czasów wojny zmagają się z koszmarem, który nie daje o sobie zapomnieć. Narrator pragnie uwolnić się pisząc książkę, jego przyjaciel Bernard O'Hare dystansuje się od tych wspomnień i niechętnie o nich rozmawia, Billy natomiast ucieka przed przeszłością w swój własny świat.

A dlaczego "krucjata dziecięca" jako rozwinięcie tytułu? Autor nie mógł pominąć tego, że w wojnach uczestniczą przede wszystkim dzieci. Młodzi ludzie, którzy giną, zabijają i oglądają rzeczy, które na zawsze zniszczą ich psychikę. Ale cóż, zdarza się...

So it goes.

piątek, 14 września 2012

„Rymy życia i śmierci” – Amos Oz


Od jakiegoś czasu miałem chęć zapoznać się z książkami cenionego współczesnego pisarza, Amosa Oza. Dość długo nie miałem ku temu okazji, lecz w tym tygodniu zobaczyłem na półce księgarni jedną z jego powieści i zachęcony notką na tylnej części okładki, postanowiłem ją kupić. Tego typu impulsywne zakupy bywają ryzykowne i niestety, tym razem nie trafiłem na najlepszą powieść tego autora, jednak pieniądze nie okazały się całkiem stracone. „Rymy życia i śmierci” nie są zwyczajną, pospolitą opowiastką.

Książka utkana jest z myśli bezimiennego pisarza, który wybiera się na wieczór autorski poświęcony jego powieści. Spotykając kolejne osoby snuje o nich historie, wymyśla dla nich imiona, osobowość i całe środowisko, w których mogą żyć. Lepi osoby niczym figurki z gliny i umieszcza je w najdziwniejszych sytuacjach.

Tym, co wyróżnia „Rymy życia i śmierci” na tle innych książek, jest szeroko otwarte okno, przez które zobaczyć można sposób myślenia pisarza. Amos Oz wpuszcza nas do pracowni, w której powstaje historia, potencjalnie mogąca stać się powieścią. I jest to najlepsze, co może tu znaleźć miłośnik literatury. Do pozytywnych aspektów książki zaliczyć można też humor i lekkość stylu Oza. Do refleksji, być może, skłoni nas poczucie samotności otaczającej Autora. Jego wyobraźnia i demiurgiczne myśli jakby wyobcowują go z otaczającego świata i oddzielają od ludzi, zacierając granicę między rzeczywistością, a rodzącą się w głowie opowieścią.

Czuję się w obowiązku napisania również o tym, co nie do końca podobało mi się w „Rymach życia i śmierci”. Chwilami miałem odczucie, że nie jest to najlepsza historia, jaką można by opowiedzieć.  Odnosiłem wrażenie, jakby Amos Oz wydał drukiem swoje wprawki pisarskie, zamiast pogłowić się nad czymś odrobinę lepszym. Z czasem to odczucie osłabło, jednak książka zapewne nie każdemu przypadnie do gustu. Natomiast, jeśli ktoś kiedyś marzył w głębi serca o tym, by zostać pisarzem, za sprawą Amosa Oza, może spełni cząstkę swojego pragnienia. 

środa, 12 września 2012

"Elizabeth Costello" - J. M. Coetzee


„Od razu na wstępie pojawia się problem, jak zacząć, jak dostać się stąd, gdzie jesteśmy, czyli na razie znikąd, na przeciwległy brzeg. To kwestia zwykłego spięcia dwóch brzegów, przerzucenia mostu. Ludzie rozwiązują takie problemy codziennie. A kiedy już rozwiążą, idą dalej.”

Tymi słowami rozpoczyna się powieść „Elizabeth Costello”, której tytułowa bohaterka, ekscentryczna pisarka, jest alter ego autora. John Coetzee jest jednym z najbardziej cenionych przeze mnie pisarzy i jego twórczość niemal zawsze trafia w mój gust. A mimo to, na wiele kwestii mam zdanie odmienne od jego punktu widzenia. Sam dziwię się czasem, jak mogę podziwiać dzieła człowieka o takich poglądach.

Cieszę się, że przeczytałem „Elizabeth Costello”, ponieważ właśnie ta powieść przerzuciła most zrozumienia między mną, a noblistą. Sprawiła, że nawet, jeśli nie dałem się przekonać do poglądów Elizabeth (będących odblaskiem poglądów Coetzeego), to przynajmniej udało mi się zrozumieć, czym są motywowane.

Książka przesiąknięta jest swoim autorem, nie tylko ze względu na podobieństwa między nim, a Costello. Fani pisarza mogą do woli sycić się jego charakterystycznym stylem i dużą dawką dystansu do siebie, żeby nie nazwać tego samobiczowaniem. Nie będzie to niespodzianką dla czytelników zaznajomionych z autobiograficzną trylogią Coetzeego. Natomiast tym, co zachwyciło mnie najbardziej przy tej lekturze, jest wyraźny posmak postmodernizmu, który może okazać się bliski nam, żyjącym w takich czasach.

„Elizabeth Costello” nie jest niestety książką równą, przynajmniej w moich oczach. Owszem, nie brakowało momentów, w których chciałem krzyknąć: „To jest takie dobre!”, ale zdarzało się też, że niektóre fragmenty mnie nużyły. Jednak nawet, jeśli nie jest to powieść dla każdego, to musi znaleźć się na obowiązkowej liście fanów pisarza. 

wtorek, 11 września 2012

"Poczucie kresu" - Julian Barnes


Od czasu do czasu warto jest odkryć coś nowego i świeżego. Warto oderwać się na chwilę od tego, co już znamy i z czym zdążyliśmy się oswoić. Odkryć nowy punkt widzenia. Zastanowić się jeszcze raz nad czymś, co wydawało się dotąd oczywiste. Dla mnie, na wielu płaszczyznach, takim odkryciem stało się "Poczucie kresu". To moje pierwsze spotkanie z Julianem Barnesem, który dał się poznać jako błyskotliwy pisarz i skłonił mnie do zastanowienia się nad rzeczami, o których nie myślałem na co dzień. Dostarczył mi przy tym sporej dawki literackiej rozrywki.

Czy próbowaliście prześledzić z pomocą swojej pamięci swoje życie, rok po roku? Ile potraficie sobie przypomnieć? Jak wiele dziur wygryzły w waszych wspomnieniach mole upływającego czasu? Co wyparliśmy z naszej świadomości? Czy możemy ufać swojej pamięci?

Bohater „Poczucia kresu”, Anthony Webster jest już starszym człowiekiem. Próbuje sięgnąć do wspomnień ze swojej młodości, spojrzeć raz jeszcze na dawnych przyjaciół i minione wydarzenia, dokonać retrospekcji tego, co przeżył. Obraz jego młodszego ja, który zachował się w pamięci Anthony’ego, jest dla niego stosunkowo łaskawy. Co się jednak stanie, gdy przyjdzie mu skonfrontować swój wizerunek z tym, jak oceniają go dawni znajomi oraz z ocalałymi dowodami dawnych win?

Barnes tworzy opowieść niemal detektywistyczną, przeplatając ją z przestrzenią do refleksji nad pamięcią człowieka, a nawet pamięcią historyczną ludzkości. Skłania też do zastanowienia się nad tym, na ile dawny ja różnię się od siebie współczesnego. „Poczucie kresu” było dla mnie odskocznią od książek znanych już mi pisarzy, i jako takie, przyniosło mi powiew literackiej świeżości.

Przeczytałem tę książkę już ponad tydzień wcześniej. Zastanawiam się, w jakim stopniu pisałem o niej samej, a na ile o swoim wspomnieniu o tej powieści. Zachęcam do przeczytania „Poczucia kresu” i konfrontacji z moją recenzją. Moim zdaniem jest to książka godna nagrody Bookera, którą otrzymała w ubiegłym roku. 

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

"Lord Jim" - Joseph Conrad

Lord Jim w nowym, ładnym wydaniu i w świeżym tłumaczeniu stał dumnie na mojej ulubionej półce z książkami w oczekiwaniu, aż znajdę wystarczająco dużo czasu, siły i odwagi, aby się z nim zmierzyć. Jest to bowiem książka, do której nie można podejść w pośpiechu, bez odpowiedniego przemyślenia wydarzeń i słów zawartych w każdym kolejnym rozdziale.

Za pierwszym razem czytałem powieść Josepha Conrada w liceum, jako obowiązkową lekturę i pamiętam, jak ciężko było mi przez nią przebrnąć. Akcja rozwija się stopniowo, bez pośpiechu i w nietypowej formie opowieści starego marynarza. Może to szybko znudzić niecierpliwego czytelnika. Przyznaję, że nudziło i mnie - ówczesnego licealistę. Tym razem było mi nieco łatwiej, bo przez 9 lat niejedną ciężką książkę moje oczy widziały.

Jeśli czytelnika nie zniechęci średnio przystępna, choć wielkiego kunsztu forma, z pewnością poruszy go i zmusi do przemyśleń doskonała treść. Autor w opowieści o marynarzach i ich przygodach porusza problemy, z jakimi nie często mamy do czynienia w literaturze. Oto młody bohater, Jim, zmaga się nie tyle z trudnościami stawianymi przed nim przez los, co z ciężarem wizji człowieka, którym chciałby być, marzeniem o własnym bohaterstwie i pogonią za romantycznym ideałem. W konsekwencji staje się postacią tragiczną, nad którą zdaje się wisieć fatum zrodzone ze słabości Jima.

Myślę, że nie bez powodu akcja powieści przekazywana jest nam z pewnej perspektywy. Nie towarzyszymy bezpośrednio Jimowi, lecz poznajemy historię za pośrednictwem starego marynarza Marlowa. Daje nam to odpowiedni dystans, byśmy mogli nieco chłodniej ocenić działania Jima. On sam bowiem "jest jednym z nas" i może wcale nie byłoby nam trudno całkowicie się z nim utożsamić. Przecież każdy z nas jest lub był młody, zapatrzony w romantyczne ideały i niejednemu z nas zdarzyło się w młodości, pod wpływem chwili, popełnić jakiś fatalny błąd, który przez długie lata mógł nas nawiedzać w bolesnych, wstydliwych wspomnieniach. A jednak autor poddaje nam drugi punkt widzenia - starszego, doświadczonego człowieka, który niejedno już widział i ma prawo inaczej oceniać młodszego przyjaciela. W tej sytuacji od nas zależy, komu przyznamy więcej racji.

"Lord Jim" to wielka powieść. Niełatwa, ale mądra i dająca wiele satysfakcji z dotarcia do kresu podróży w jaką nas zabierze. Na pewno niejeden czytelnik przedwcześnie wyskoczył z niej, widząc w dziele Conrada tonący okręt nudy. Ja ze swojej strony zapewniam, że warto pozostać na pokładzie z kapitanem Marlowem.

Recenzja pierwotnie opublikowana była na moim dawnym blogu wsrodksiazek.blogspot.com. 

niedziela, 26 sierpnia 2012

"Czekając na Barbarzyńców" - J. M. Coetzee


W moim życiu przyszedł taki moment, kiedy niezbędna okazała się jakaś naprawdę dobra książka, którą mógłbym przeczytać. Potrzebowałem kawałka wybitnej literatury, która pozwoliłaby mi nabrać wiatru w żagle, odkurzyć mój entuzjazm i zainspirować mnie do czegoś nowego. Sięgnięcie po jedną z książek Coetzeego, stojących na półce mojej biblioteczki było, być może, najlepszym w danym momencie wyborem.

Mój wybór padł na „Czekając na barbarzyńców”, której tylna okładka zachęcała hasłami w rodzaju „Pierwsza z powieści, które przyniosły autorowi sławę i uznanie”, czy „Thriller polityczny rodem z tradycji  Conradowskiej”. O ile nie nazwałbym książki Coetzeego thrillerem politycznym, to nie czuję się bynajmniej oszukany tymi reklamowymi tekstami i zupełnie nie dziwi mnie doskonały odbiór tej powieści przez czytelników na świecie.

Chociaż przeczytałem już kilka książek tego noblisty, to właśnie ta wydaje mi się wyjątkowa i inna od pozostałych. Owszem, nie brakuje w niej charakterystycznych dla autora emanacji cierpienia i zła uderzającego w bohaterów, ale jest tu coś więcej. Coetzee nie zawiódł też wiernych czytelników brakiem depresyjnego nastroju, lecz tym razem pojawiają się wątki, które do pewnego stopnia ten nastrój równoważą. „Czekając na barbarzyńców” to książka pełna człowieczeństwa, jeśli mogę to ująć w ten sposób. W wyjątkowo wierny i przekonujący sposób oddaje ona ludzkie dylematy moralne i sposób, w jaki człowiek może zmierzyć się sytuacjami pełnymi tragizmu. Autor nie boi się stawiać głównego bohatera w okolicznościach ekstremalnych i bezlitośnie obnażać jego słabości, a jednocześnie daje mu pewien kręgosłup moralny. Nam pozostaje obserwować i przekonać się, gdzie leży granica, za którą można ten kręgosłup złamać. Coetzee pokazuje nam też, z jak wielkim poniżeniem może zmierzyć się człowiek i czy z takiego poniżenia można się podnieść.

„Czekając na barbarzyńców” to książka, która mnie poruszyła i odnowiła moją miłość do literatury. Chociaż mnie i Coetzeego wiele różni, to nie jest to pierwsza z jego powieści, którą określić mogę jako wybitna.  

sobota, 7 kwietnia 2012

"Jądro ciemności" - Joseph Conrad

Pozwoliłem zabrać się w podróż i zdecydowanie nie był to wakacyjny rejsik statkiem wycieczkowym. Wsiadłem na pokład rozpadającego się parowca, który obrał kurs wprost w jądro ciemności, a moim kapitanem był Charlie Marlow. Pokierował nas w jadro ciemności swojej duszy, w serce ciemności człowieka, w najciemniejsze punkty naszej cywilizacji. Tą podróżą była opowieść w jego ustach.

Jeśli ktoś czytał jakąś książkę Josepha Conrada w oryginale lub w dobrym przekładzie, ten już wie, dlaczego ceni się go jako stylistę. Pierwszą rzeczą, jaka uderzyła mnie w "Jądrze ciemności" w przekładzie Magdy Haydel, był właśnie piękny, niebanalny język, z którym do dziś niewielu pisarzy może się równać (moim skromnym zdaniem dogania go dopiero Cormac McCarthy). Niezwykle poetyckie opisy potrafią zachwycić i skłonić do dłuższego zatrzymania się nad niektórymi zdaniami.

A jednak, mimo niewątpliwego piękna języka i krótkiej formy powieści, nie należy liczyć na to, że będzie ona łatwa w odbiorze. W czasie, kiedy Marlow z trudem przedziera się w głąb nieprzyjaznej dżungli, czytelnikowi przyjdzie zmagać się z gęstym i pełnym dygresji opisem jego podróży. Stary wilk morski nie zawsze chce trzymać się chronologicznego przedstawiania nam zdarzeń, a w momencie dotarcia do tytułowego jądra ciemności, należy skupić pełnię swojej uwagi, by nie stracić zmysłów w panującym tam chaosie.

O książce tej niejednokrotnie mówi się, jak o arcydziele. Została nim również w moich oczach. Mój szacunek wzbudziła wielość problemów, jakie podjął autor w tej niewielkiej opowieści oraz ilość warstw i poziomów, na jakich można ją odczytywać. Pozwala nam pochylić się nad tym, czym jest w istocie moralność człowieka i w jakim stopniu zależna jest od społeczności, w której żyjemy. Co sprawia, że w oderwaniu od cywilizacji jedni potrafią zachować swoje zasady, a inni je porzucają? Autor każe nam zastanowić się też, ile może w nas być osoby, której istnienia w sobie byśmy się nie spodziewali. Ile jest w nas Innego? I w końcu, w którym miejscu piękne idee naszej cywilizacji zaczynają się rozmijać z brutalną rzeczywistością? Ile razy w imię pięknych haseł bogaci i wpływowi zamieniali życie odmiennych i słabszych w piekło? Czy przypadkiem nie robią tego do dziś? Do takich refleksji skłania właśnie "Jądro ciemności".