niedziela, 3 lutego 2013

"49 idzie pod młotek" - Thomas Pynchon


Na ogół dzielę się na tym blogu moimi prostymi wrażeniami z przeczytanych książek, emocjami jakie książka we mnie wywołała i przemyśleniami, do jakich mnie skłoniła. Na dobrą sprawę, nie można moich tekstów nazwać nawet recenzjami. W przypadku "49 idzie pod młotek" Thomasa Pynchona, moja amatorska interpretacja nie odda sprawiedliwości tej książce. Postaram się zagłębić w nią nieco bardziej niż zwykle, jednak zachęcam wszystkich nie tylko do przeczytania jej, ale do studiów nad nią. Spróbuję napisać dlaczego. 

Powieść opowiada o perypetiach Edypy Maas, która wiodąc zwyczajne życie gospodyni domowej, niespodziewanie dostaje informację, że jej zmarły były kochanek wyznaczył Edypę na współwykonawczynię testamentu. Bohaterce nie pozostaje nic innego, jak tylko wybrać się do miasteczka San Narciso i podjąć się tego zadania. Mężczyzna zostawił po sobie między innymi akcje swojej korporacji Yoyodyne i dużą kolekcję znaczków. Na miejscu Edypa wpada na trop tajnej organizacji kurierskiej, od setek lat prowadzącej wojnę z działającym w kraju oficjalnym operatorem pocztowym. Jest zdeterminowana, by rozwikłać zagadkę organizacji i odkryć jej sekrety. 

Tak przedstawia się fabuła powieści i właściwie na tym można by zakończyć jej odczytanie. "49 idzie pod młotek" okaże się powieścią bardzo ironiczną, miejscami zabawną, mocno zakręconą, od czasu do czasu objawiającą erudycję autora. Jednak z pewnością czytywaliśmy lepsze i trzymające w większym napięciu historie. Pod tą jednak kryje się drugie dno. A może nawet i parę następnych.

Jeśli głębiej zastanowimy się nad książką Pynchona lub też sięgniemy po mądre źródła jej dotyczące, odkryjemy, że "49 idzie pod młotek" jest w istocie powieścią metafikcyjną, to znaczy próbującą powiedzieć nam coś o literaturze samej w sobie. Jej przekaz nie jest dosłowny, ale możliwy do odczytania, ponieważ autor co jakiś czas zostawia nam wskazówki pomocne do jego odczytania. W tym świetle akcja powieści zyskuje nowe znaczenie.

Na początku książki Edypa spogląda z góry na miasteczko San Narciso. Dostrzega w nim pewne wzory i uświadamia sobie istnienie symboliki, jaką one reprezentują. Przypomina sobie, że podobne wrażenie miała już w dzieciństwie, kiedy po raz pierwszy zobaczyła płytkę drukowaną z widniejącymi na niej obwodami. Miała wtedy świadomość, że gdyby zechciała, mogła odkryć sens tych wzorów, lecz nie zależało jej na zgłębieniu ich znaczenia. Umiejętność dostrzegania pewnych wzorców, ich interpretacji, jest umiejętnością czytelnika i w ten zakamuflowany sposób dowiadujemy się, że Edypa od dzieciństwa była czytelniczką. Teraz jednak, jako osoba dorosła, pójdzie za ciosem. Teraz pragnie odkryć znaczenie symboli, które widzi. Jest gotowa poświęcić swój czas, pracę i zaangażowanie, by dotrzeć głębiej, pod powierzchnię. Bohaterka dojrzewa jako czytelnik. Obserwujemy to od momentu, gdy w jednym z pierwszych rozdziałów ogląda sztukę teatralną. Na początku wsłuchuje się w niejasności w niej zawarte. Odnajduje w sobie pragnienie rozwiania tych niejasności i staje się krytykiem. Przechodzi od osobistej interpretacji do doszukiwania się rzeczywistych znaczeń. Zagłębia się w intertekstualność, porównuje różne wersje sztuki. W swoich poszukiwaniach jest gotowa zapoznać się bliżej z historią Stanów Zjednoczonych i Europy, a w szczególności ich systemów pocztowych. Z czytelniczki staje się naukowcem-amatorem. Nawet jeśli w swoich poszukiwaniach nie odniesie wielkiego sukcesu, to jej udziałem pozostanie rozwój, jaki się w niej dokonał.

Na innym poziomie metafikcji Pynchon chce pokazać przez swoją książkę, po co istnieje powieść i czego można dokonać przez język. Dobrym przykładem są tu charakterystyczne imiona postaci, które potrafią wywoływać całe ciągi skojarzeń, są nasiąknięte znaczeniami. Widzimy, że w świecie powieści spotkać możemy świat rzeczywisty. Rzeczywistość objawia się w powieści jako cierpienie i potrzeby. O sile powieści stanowią uczucia, jakie zdoła wywołać w czytelniku, takie jak przyjemność rodząca się z piękna i humoru, ale także współczucie. To właśnie chciał osiągnąć Thomas Pynchon w "49 idzie pod młotek". Moim zdaniem udało mu się.

10 komentarzy:

  1. Interesujące refleksje. Najbardziej zaintrygowała mnie Twoja koncepcja metafikcyjności w książce Pynchona. Tego typu obserwacje świadczą o oczytaniu i pewnym wyrobieniu, więc gratuluję. Chętnie poczytałbym więcej na ten temat. Może rozwiniesz kiedyś ten wątek? Zastanawia mnie, czy metafikcyjność nie jest pewną nadinterpretacją lub próbą nazwania czegoś, czego nie da się nazwać. Myślisz, że Pynchon naprawdę zbudował w swojej powieści drugie dno? Jakie przesłanki na to wskazują?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rozgryzłem tego zupełnie sam :) Nie jestem też literaturoznawcą, żebym umiał przeprowadzać szczegółowe dowody interpretacji.

      We fragmencie, który opisałem, uderzyło mnie jak mocno zaakcentowane zostały "hieroglificzne wzory ukrytych znaczeń" w układzie domów miasta San Narciso oraz obwodu drukowanego w radiu tranzystorowym. To nasunęło mi skojarzenia właśnie z ukrytymi znaczeniami w literaturze. Dotarłem później w Internecie do wykładu poświęconego powieści Pynchona i tam odnalazłem potwierdzenie dla mojej intuicji, jak również kilka innych ciekawostek, które autor zawarł w tekście.

      Pynchon od czasu do czasu wplata w tekst dygresje, które nieco odstają od głównej osi fabuły, wydają się nieco zbyt mocno wyeksponowane, jakby przedarły się do świata powieści z innego, niewidzialnego wymiaru. One właśnie otwierają czytelnikowi drogę do interpretacji na innym poziomie. Co ciekawe, o różnych wymiarach Pynchon wspomina, nieco żartobliwie, w powieści. To po prostu trzeba przeczytać samemu, żeby się przekonać :)

      Usuń
    2. Czytanie nie byłoby czytaniem bez chociaż próby interpretacji tego, co się przeczytało. Inaczej czytanie nie byłoby pełne. Jasne jest dla mnie, że zawsze interpretacje różnych ludzi będą się od siebie różniły (mamy inne doświadczenia, inną wrażliwość itd). Cały problem w tym, żeby te interpretacje za bardzo się nie rozjechały z tym, co chciał przekazać nam Autor. Dlatego dodam Ci odwagi - interpretacje książek to nie jest coś zarezerwowanego tylko dla wąskiej kasty specjalistów od literatury. Każdy umie myśleć, każdy umie wnioskować i każdy ma podstawy wyniesione ze szkoły. Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    3. Masz absolutną rację. Dla mnie próba interpretacji stanowi połowę przyjemności z czytania (drugą połową jest obcowanie ze słowem i językiem powieści oraz jej akcją). Im więcej interesujących myśli jestem w stanie odkryć, tym większa satysfakcja z lektury.

      Usuń
  2. Zauważyłam, ze mamy podobny gust, więc zawierzę twojej opinii i poszukam tej książki intensywnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój gust bywa przewrotny, ale ta książka jest bardzo wartościowa :)

      Usuń
  3. Twoją recenzję mogę podsumować dziś tylko krótkim słowem zapożyczonym z ang. "wow" :)
    Jestem zafascynowana książką. A wszystko dzięki Tobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że udało mi się zainteresować kogoś książką, która mi się podobała :)

      Usuń
  4. Metafikcyjność mnie zaintrygowała (nie tylko zresztą mnie, jak widze wcześniej).
    Jeśli sam stworzyłeś to słowo, to udało Ci się mnie namówić do lektury! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście nie stworzyłem słowa metafikcyjność :) To dość znany termin w kontekście literatury modernizmu i postmodernizmu, którego reprezentantem jest Pynchon.

      Masz rację, idea metafikcji jest bardzo intrygująca. Kiedy pisarz przez swoją powieść chce przedstawić swoją wizję literatury, efekty mogą być interesujące. Tak jest w przypadku "49 idzie pod młotek". To również dobra motywacja, by próbować tropić głębsze znaczenia dobrych książek.

      Usuń